Rozmowa z Kristófem Szabó solistą Polskiego Baletu Narodowego
Gdy usłyszał diagnozę, nie zastanawiał się czy będzie mógł dalej tańczyć, ale raczej kiedy znów będzie mógł to robić. Z uporem i nieustępliwością uczył się na nowo jak pracować ze swoim ciałem i robił wszystko, by dalej wykonywać to, co kocha najbardziej. W jego życiu pasja i piękno zostały poddane ciężkiej próbie.
MW: Widzowie zwykle dostrzegają jedynie efekt końcowy, piękny taniec na scenie, piękne przedstawienie. Chciałabym dziś zajrzeć nieco głębiej i dotknąć tego, co kryje się w sercu artysty. Co sprawia, że nawet w obliczu ciężkich doświadczeń nie rezygnuje ze swojej pasji. Na początku chciałabym Cię zapytać Kristóf o to, co najbardziej cenisz w życiu?
KS: Bardzo dużo się zmieniło po zdiagnozowaniu u mnie choroby. To był taki moment, w którym dużo rzeczy trzeba było sobie przewartościować. Miałem więc możliwość, by się zatrzymać i pomyśleć o tym, co naprawdę cenię w życiu. Najbardziej jestem wdzięczny za to, że mam wokół siebie dobrych ludzi, i że mogę od nich dostawać mnóstwo pozytywnych emocji. Uważam, że relacje są ważne i na pewno wciąż za mało o nie dbam. Powinienem więcej, a może chcę więcej o nie dbać. Ważne są również w moim życiu doświadczenia, to że mam możliwość kolekcjonowania doświadczeń i wykorzystywania ich później. Nieważne jakie one były, jestem wdzięczny nawet za te złe, bo one kształtują mnie takiego jakim jestem teraz. Często denerwujemy się, gdy spotyka nas coś złego, ja myślę teraz w zupełnie inny sposób. Cieszę się, że coś takiego mi się przytrafiło, bo mogę wyciągać wnioski, zmieniać siebie, ustosunkowywać się do trudnych sytuacji. To wszystko kształtuje mnie jako człowieka. Trzecia rzecz to piękno. Jestem na nie bardzo wrażliwy. Zawsze je doceniam. Dostrzegam je w ludziach i różnych rzeczach wokół.
MW: A co najbardziej cenisz w sobie?
KS: Wrażliwość. Myślę, że to jest mój atut i bardzo go pielęgnuję. Lubię swoją wrażliwość, daje mi ona wiele ciekawych odczuć. Dostrzegam dużo piękna, mocno mnie ono dotyka i dzięki temu wszystko wydaje mi się bardziej wartościowe.
I jeszcze szczerość. Prawda i brak udawania to cechy, które cenię w sobie szczególnie.
MW: Wrażliwość, szczerość, otaczające nas piękno, piękno w ludziach – to wszystko doskonale wpisuje się w wykonywany przez Ciebie zawód. Jakie były początki? Skąd się wzięła u Ciebie pasja do tańca?
KS: Już jako dziecko tańczyłem. Gdy miałem siedem lat chodziłem na zajęcia taneczne. Zaczynałem od tańca towarzyskiego, później występowałem w Teatrze Muzycznym Rampa, w Teatrze Roma w musicalach, a także w Domu Kultury w Otwocku. Kiedy byłem w liceum zacząłem zastanawiać się, co chciałbym robić w życiu i poczułem, że chciałbym tańczyć, że tym właśnie chciałbym zajmować się na co dzień. Chodziłem wówczas na zajęcia do Domu Kultury. Treningi były bardzo intensywne. Ćwiczyliśmy różne style taneczne: współczesny, jazzowy, disco dance, i wiele innych. Zajęcia prowadziła Katarzyna Kubalska, która ukończyła Warszawską Szkołę Baletową i ona mnie namawiała, żebym poszedł do szkoły baletowej. Nie za bardzo mnie to interesowało. Prawie nic wtedy nie wiedziałem o balecie. Balet kojarzył mi się ze stereotypami i w ogóle nie traktowałem takiej opcji poważnie. Jednak myśląc o tym co dalej, nie wyobrażałem sobie siebie na jakimś kierunku studiów. Byłem w klasie matematyczno-geograficznej i uczyłem się raczej dobrze, ale nie chciałem z tym wiązać swojej przyszłości. Chciałem zajmować się tańcem.
Decyzję, żeby zdawać do szkoły baletowej, podjąłem też ze względów finansowych. To była dla mnie czysta kalkulacja. W naszej rodzinie nigdy nie mieliśmy pieniędzy na zajęcia taneczne. Moja mama robiła wszystko, żeby mi to umożliwić. Jestem jej niezmiernie wdzięczny, bo podejmowała się każdej dodatkowej pracy, sprzedawała swoje rzeczy, nie kupowała dla siebie nic przez tak wiele lat, żebym ja mógł rozwijać swoją pasję do tańca. Widzę to dopiero teraz po latach, ale na pewno właśnie dzięki niej cały czas tańczę. Szkoła baletowa była więc najprostszą opcją dla mnie. Wiedziałem, że chcę tańczyć i wiedziałem, że tam będę miał dużo godzin tańca za darmo. Podjąłem więc decyzję i w połowie roku szkolnego, w pierwszej klasie liceum poszedłem na przesłuchanie do Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej w Warszawie.
MW: To nietypowe dla baletu, żeby tak późno zaczynać…
KS: Tak, na pewno. Po prostu miałem szczęście, że jestem chłopakiem, chłopcom jest zawsze łatwiej, w balecie szczególnie. Nikt nie przyjąłby dziewczyny na moim poziomie wtedy do szkoły baletowej w wieku szesnastu lat. A ja poszedłem tam nie wiedząc nic o tańcu klasycznym, chociaż wydawało mi się, że wiem wszystko, że jestem świetny. Jak teraz wspominam to przesłuchanie… To jest niemożliwe, że oni mnie przyjęli! Wykonywałem ćwiczenia, zupełnie odwrotnie niż powinienem.
Początki w szkole baletowej były ciężkie. Musiałem sobie uświadomić, że tak naprawdę nic nie wiem o tańcu klasycznym i zacząć od początku. W szkole dostawałem dwóje, tróje jako jedyny z klasy. Inni uczniowie mieli przynajmniej czwórki. Czułem się okropnie. Wydaje mi się, że na początku nauczyciele nie wróżyli mi żadnej kariery. Pamiętam takie komentarze, „no może do „Mazowsza” się dostaniesz”…
MW: Czy w ogóle rozważałeś coś innego niż taniec?
KS: Nie. Byłem zafascynowany tańcem. Również dzięki Natalii Pasiut, z którą zaprzyjaźniłem się w szkole. Ona jest bardzo utalentowana i była dla mnie przykładem. Chciałem tańczyć tak jak ona. Znaleźliśmy wspólny język i motywowaliśmy się nawzajem. Szukaliśmy sposobów, żeby zarobić pieniądze, by móc gdzieś wyjechać i nauczyć się czegoś więcej. Jeździliśmy na warsztaty baletowe. Oglądaliśmy filmy w Internecie, których jeszcze nie było wtedy tak dużo jak teraz. Zobaczyć wtedy coś z Londynu było dużym wydarzeniem. Śledziliśmy każdy filmik na YouTube. Mieliśmy duże zacięcie i wielką pasję.
MW: I ta pasja doprowadziła Cię do zrealizowania marzenia o zawodzie tancerza. Co najbardziej cenisz w swojej pracy?
KS: Na pewno możliwość obcowania z pięknem i ze sztuką. To jest dla mnie niezwykle ważne, bo uwielbiam sztukę w wielu postaciach, a balet właśnie łączy różne dziedziny sztuki. Uwielbiam się temu oddawać, uwielbiam być całkowicie zaangażowany w proces. Cenię prace i produkcje, które są złożone, ciekawe, kiedy czuję, że twórcy mają określony cel i zamysł, kiedy rozumiem dlaczego wykonuję dany ruch, że nie robię go jedynie dla ładnej, estetycznej pozy. Lubię wyzwania, w których dostrzegam głębsze znaczenie, sens i wtedy naprawdę angażuję się całym sobą. I to są najcenniejsze momenty, kiedy zapominam o całym świecie. Są takie chwile, gdy przenoszę się po prostu w daną historię i nawet po zakończeniu próby żyję spektaklem, albo rolą. Jeśli chcę, żeby moje gesty były naturalne, to nie myślę jak ja bym wykonywał taki gest, tylko jak by wykonywała go postać, którą kreuję. Muszę myśleć skąd ona pochodzi, jakie ma doświadczenia, co przeżyła i w jaki sposób wykonywałaby taki sam ruch, albo jak by zareagowała na jakąś wiadomość, albo sytuację. Takie rzeczy najbardziej cenię w tej pracy.
MW: Jaką produkcję, choreografię szczególnie wspominasz?
KS: Najgłębszą i najbardziej wartościową na pewno była dla mnie Dama Kameliowa. Tam miałem okazję tańczyć główną rolę Armanda. Tego doświadczenia nie da się porównać z innymi. Byłem całkowicie zaangażowany. To jest niezwykle ciężka fizycznie rola do zatańczenia. Przez prawie trzy godziny mężczyzna musi być na scenie, jest w każdym akcie. Schodzi ze sceny tylko na dziesięć minut. Jest również bardzo złożona emocjonalnie. Naprawdę musiałem przenieść się do tej historii.
Mieliśmy okazję pracować również z takimi twórcami jak Wayne McGregor, Jiří Kylián, Emil Wesołowski. Podczas realizacji produkcji takich choreografów, gdy jestem na scenie – czuję, że żyję.
MW: Scena to dla tancerza szczególne miejsce. Jest jednocześnie źródłem siły, motywacji i miejscem spełnienia. Jest sercem nadającym rytm. Co zwykle czujesz kiedy wychodzisz na scenę?
KS: Czuję duże podniecenie. Za każdym razem. A teraz gdy wychodzimy na scenę tak rzadko, każde wyjście jest dla mnie wyjątkowe i… myślę wtedy o tym, żeby się zatrzymać i obejrzeć tę scenę, na której stoję. Spojrzeć na te dziesięć pięter do góry, jaka to jest przestrzeń, jak są schowane nad nami dekoracje. Wyobrażam sobie samolot, który mógłby zaparkować na tej scenie, bo jest tak ogromna, szczególnie gdy są podniesione kieszenie boczne i tylnie, kiedy ta przestrzeń jest cała otwarta. Kiedy czuję powiew powietrza, gdy otwiera się kurtyna – wtedy na scenę wpada takie zimne powietrze z widowni – uwielbiam to uczucie. Wtedy wiem, że ten niesamowity moment, to jest mój moment i chcę go wykorzystać.
Codzienna praca tancerza wcale nie jest tak przyjemna. Kochamy taniec, dlatego to robimy, ale doświadczamy wielu wyrzeczeń, ogromnego wysiłku i często też przykrych sytuacji na co dzień. Dlatego ten moment na scenie jest wyjątkowy.
I myślę o tym (to kolejna zmiana, która się we mnie dokonała), że tańczę tylko dla siebie, nie tańczę dla nikogo innego. Gdy już jestem na scenie nie zastanawiam się, czy mój taniec podoba się realizatorom spektaklu. Nie chcę nikomu udowadniać, że zrobiłem to dobrze. To jest mój wyjątkowy moment i wykorzystuję każdą sekundę dla siebie. Dzielę się też z tymi, którzy przyszli mnie obejrzeć, ale o nich przypominam sobie dopiero jak się kłaniam. Dopiero jak jest po wszystkim, myślę: „dziękuję, że przyszliście, że chcieliście zapłacić za bilet.”
I jeszcze słowo o ukłonach, bo każdy kłania się trochę inaczej. Ja przez ukłon chcę pokazać szacunek dla widza. Staram się zobaczyć całą widownię, zaczynając ukłon od najwyższego balkonu, patrząc przez drugi balkon, pierwszy, amfiteatr, aż do pierwszego rzędu. Staram się nie kłaniać od razu, nie pochylać jedynie głowy, kłaniam się całym ciałem do ostatniego momentu, żeby widzowie czuli szacunek.
MW: Zawód tancerza to nie tylko ekscytacja, brawa i uwielbienie publiczności. Jakie są największe wyzwania i trudności w tym zawodzie?
KS: Moim zdaniem to codzienne przeciwności są najtrudniejsze – zwykłe, małe rzeczy.
Ten zawód jest ciężki fizycznie i my o tym wiemy. Chcemy go wykonywać, chcemy mieć wyzwania tańcząc w balecie, zależy nam na tym, żeby wykonywać najcięższe role. Każdy chce być zmęczony, bo wtedy czujemy, że coś zrobiliśmy, że to była dobra praca. Przez lata przyzwyczajamy się do bólu i do zmęczenia. Żeby zacząć wykonywać ten zawód, trzeba wykształcić patologie w ciele. Musimy nasze ciało zdeformować, żeby wyglądało w taki, a nie inny sposób i cały czas dążymy do tego, żeby wyglądało jeszcze lepiej. Jesteśmy przyzwyczajeni do zmęczenia i do bólu. Ten próg bólu cały czas się podnosi. Na ten sam ból, który odczuwa osoba pracująca w biurze, my nie zwracamy uwagi. Dla mnie jest to normalne, że musi mnie boleć kiedy się rozciągam, albo kiedy ledwo mogę się ruszyć następnego dnia po intensywnym wysiłku. Muszę przejść przez moment tego bólu, żeby móc tańczyć dalej.
Najtrudniejsze są jednak drobne przeciwności, też psychiczne, momenty zwątpienia…
To jest konsekwentna praca, która się powtarza każdego dnia. Poddanie się takiej rutynie jest bardzo ciężkie, dlatego cały czas trzeba się motywować i inspirować, żeby mieć w sobie żywą pasję.
W pracy tancerza dużo zależy też od innych ludzi, którzy podejmują decyzje, na przykład kto tańczy, albo czy w ogóle zatańczy. Jest to wyzwaniem dla wielu osób. Często przypomina to walkę o to, żeby móc coś zatańczyć, żeby udowodnić, żeby się nie poddać. I nie każdemu się udaje. Często nie dlatego, że są gorsi, albo że zrobili coś źle, ale ponieważ zależy to od osoby, która decydowała. Jest mnóstwo utalentowanych tancerzy w każdym zespole i nie wiemy tak naprawdę, czy dziewczyna, która nigdy nie dostała szansy zatańczyć, mogłaby być teraz gwiazdą gdyby tę szansę dostała. To jest chyba najtrudniejsze w naszym zawodzie.
MW: Co Ciebie motywuje, żeby się nie poddawać?
KS: Ja po prostu lubię to robić, to jest moją motywacją. Nie patrzę już na taniec jako na coś, co muszę robić. Tańczę tylko dla siebie, więc traktuję taniec jako przyjemność. Włożony wysiłek i trud przynosi mi satysfakcję. Czuję się dobrze, sam ze sobą. Jeżeli nie czułbym przyjemności z tego, chciałbym przestać to robić. Nie chciałbym kontynuować tak ciężkiego zawodu jeżeli nie czułbym takiej motywacji i przyjemności.
MW: Mówiłeś o codziennych trudnościach i wyzwaniach, ale przed Tobą stoi również ogromne wyzwanie jakim jest twoja choroba. Czy mógłbyś się podzielić jak to przyjąłeś i jak sobie z tym radzisz?
KS: Rok temu pod koniec lutego zdiagnozowano u mnie cukrzycę typu 1. Niestety zdiagnozowano ją w dniu najważniejszego dla mnie spektaklu – Damy Kameliowej. Jak już wspominałem wcześniej był to mój największy sukces, nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek coś takiego może się powtórzyć. Przedstawienie poprzedzał miesiąc ciężkich przygotowań i wtedy już widzieliśmy, że coś złego się ze mną dzieje. Już wcześniej miałem objawy choroby, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wiedziałem, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałem co. Wszystkie objawy typowe dla cukrzycy, które wtedy miałem, mogłem przypisać ciężkiej pracy fizycznej. Był to czas premiery wieczoru Zagubione dusze, w którym tańczyłem w trzech częściach. Bardzo intensywny, stresujący czas, więc to, że schudłem, że piłem dużo więcej wody, że dużo się pociłem, że łapały mnie skurcze, wszystko mogłem usprawiedliwić.
Jednak w trakcie przygotowań zorientowałem się, że coś, co wcześniej wykonywałem bardzo dobrze, teraz sprawiało mi dużo trudności i musiałem wkładać dużo więcej siły, żeby wykonać te same ćwiczenia z jeszcze lżejszą partnerką. To był moment kiedy zdecydowałem się zrobić badania. Wyniki badań krwi odebrałem rano przed spektaklem i już mnie nie wypuszczono z ambulatorium. Nic wtedy nie wiedziałem o cukrzycy. Nie miałem pojęcia jaki cukier jest dobry. Gdy pani doktor powiedziała, że cukier jest 560, pomyślałem „dobrze, ale co to znaczy?”, nie wiedziałem, że to jest coś poważnego. Skierowano mnie do szpitala. Tak się starałem, włożyłem całe serce i chyba nigdy nie przeżyłem takiego wysiłku jak wtedy, żeby zatańczyć w spektaklu, ale nie udało się…
MW: To było chyba Twoim najtrudniejszym doświadczeniem…
KS: Tak, to było bardzo ciężkie przeżycie, bardzo dużo płakałem… Było mi bardzo przykro, ale nie było wyjścia. Potem może przez moją niewiedzę, podszedłem do tego spokojnie i pomyślałem „Mam cukrzycę, co dalej? Co z tym robimy?” W ogóle nie dopuszczałem do siebie momentu załamania.
Nie wiedziałem jak się leczy cukrzycę, z czym się to wiąże, ale każdego dnia stopniowo uczyłem się i uczę do tej pory. Wymagało to długiego czasu adaptacji. Właściwie dla mnie na szczęście, mieliśmy wtedy przerwę w pracy spowodowaną wybuchem pandemii. Mając pół roku przerwy mogłem spokojnie nauczyć się znowu jak robić pompki – dwie, a potem cztery, później przebiec niewielki dystans. To był bardzo ciężki proces, bo musiałem nauczyć się na nowo wysiłku fizycznego, a wysiłek fizyczny w tańcu, to wysiłek ekstremalny, mimo, że taniec kojarzy się z lekkością.
Najcięższe momenty były wtedy, kiedy czułem, że zemdleję po tej trzeciej pompce, albo kiedy naprawdę musiałem usiąść po przejściu kilku kroków i mdlałem. Wtedy rzeczywiście byłem bliski załamania. W takich momentach nie wyobrażałem sobie, że mógłbym znowu zrobić ciężki spektakl i tańczyć w pełni. Myślałem, że to chyba musi być koniec…
Na pewno tylko dzięki Natalii i jej pomocy, udało mi się przejść przez ten trudny czas. Ona była moim personalnym trenerem. Stała nade mną, robiła ze mną wszystkie ćwiczenia, zachęcała mnie: „Jeszcze jedna pompka, jeszcze pięć sekund, jeszcze kawałek dalej” i robiliśmy to codziennie. Na początku największym wysiłkiem był spacer. Codziennie szliśmy kawałek dalej. Byliśmy wtedy w pięknym miejscu na wsi, na Mazurach, od początku kwietnia do końca sierpnia. Cieszę się, że mieliśmy długą przerwę, bo mogłem ją wykorzystać i wziąć tyle czasu ile potrzebowałem. Codziennie, ze spokojem umysłu, na łonie natury, krok po kroku.
Ten proces się nie skończył, cały czas się uczę. Uczę się każdego dnia. Uczę się jak moje ciało reaguje. Uczę się każdego jedzenia, każdego produktu – jak na mnie wpływa. Wszystko jest eksperymentem – jak wpływa na mnie dane zachowanie, dana sytuacja. Tak samo w pracy, codzienne doświadczenie – jak wpływa na mnie lekcja, co muszę zjeść do zrobienia tej lekcji, jaką dawkę insuliny wziąć do takiego ćwiczenia, a jaką do takiego. Ile będę ćwiczył, o której będę jadł, czym będę się stresował, wszystko jest ważne. Mam takie założenie, że już nie mogę się stresować w życiu. Oczywiście wiem, że jest to nierealne, ale powinienem unikać stresu.
MW: Na następne pytanie właściwie już częściowo odpowiedziałeś, ale zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę nad tym zagadnieniem. Czy ta choroba zmieniła twoje nastawienie do życia, do zawodu, do wszystkiego?
KS: Tak, zacząłem bardziej doceniać w życiu inne rzeczy. Wcześniej myślałbym o karierze, albo o tym czego jeszcze nie zatańczyłem, co chcę osiągnąć. Teraz raczej myślę o tym jaką chcę mieć przyjemność z tańca. Uważam, że to jest naprawdę dobre nastawienie, a mój taniec też na tym zyskał. Uważam, że teraz mogę być dużo lepszym tancerzem niż wcześniej. Między innymi dlatego, że bardziej dbam o swoje ciało. Mogę mieć nawet lepsze wyniki niż zdrowe osoby, które tak o ciało nie dbają. Myślę, że to jest ważny aspekt tej choroby, wart podkreślenia, bo ludzie o tym nie myślą, albo zapominają. Osoba, która ma zdiagnozowaną cukrzycę nie powinna być skreślona z tego powodu, bo być może będzie bardziej wartościowym pracownikiem z tego względu jak każdego dnia jest zmotywowana do zwykłych czynności. Jak jest zmobilizowana i systematyczna, żeby zrobić tyle rzeczy na raz, żeby zbadać cukier, zjeść o danej godzinie, wykonać wysiłek fizyczny, zmienić opatrunki, wkłucia, przystosować się i sprawdzić czy wszystko jest gotowe, żeby wykonać jakąkolwiek pracę.
Osoba z cukrzycą może mieć lepsze wyniki w jakimkolwiek zawodzie, a niestety często takiej osoby nie zatrudnia się, albo odradza się jej kontynuację kariery w balecie, albo w sporcie. Albo dziecku ukończenie nauki w szkole baletowej, bo nie chcemy mieć problemu z dzieckiem, które mdleje przy wysiłku fizycznym. A może warto spróbować spojrzeć na to w inny sposób i nauczyć takie dziecko jak się leczyć, jak kontrolować ciało, żeby nie zdarzały się omdlenia. Zachęcić, że może mieć jeszcze lepsze efekty przez to jak bardzo będzie zmuszone pracować nad swoim ciałem. I może być jeszcze lepszym tancerzem, albo artystą. I coś takiego chyba mnie boli najbardziej, na to chcę zwracać uwagę. Zgłaszały się już do mnie osoby, którym ze względu na chorobę polecono przerwanie nauki w szkole baletowej. Chciałbym, aby nauczyciele, pedagodzy czy trenerzy byli wsparciem, żeby byli mentorami.
MW: Myślę, że przez swoje doświadczenie i swoją postawę Ty stałeś się takim mentorem i jesteś wsparciem dla wielu osób, zarówno w środowisku artystycznym, jak i wśród osób chorych na cukrzycę. Jakie masz jeszcze inne pragnienia, marzenia?
KS: Ogólnie jestem szczęśliwy, cieszę się z tego co mam i dużo więcej nie potrzebuję. W przyszłości chciałbym kontynuować dzielenie się pięknem poprzez ruch, taniec, niekoniecznie w takiej formie jak teraz. Chciałbym odkrywać też swoje inne umiejętności związane z tańcem, kontynuować swoje pasje i żebym mógł to robić kiedy chcę, a nie dlatego, że muszę, żeby zarabiać. Bardzo marzę o tym żeby mieszkać na wsi, żeby być otoczony naturą, z której czerpię dużo energii. Marzę też o tym, żeby odkrywać nowe rzeczy, nowe umiejętności, poznać jakieś nowe sposoby na ukazywanie piękna. Podoba mi się fotografia, sztuki plastyczne i moda. Proces twórczy w sztukach plastycznych czy modzie może być tak samo ciekawy i złożony jak występ na scenie. Chciałbym poznać nowe środowiska artystyczne i więcej kreatywnych ludzi uprawiających inne dziedziny sztuki.
MW: Wrażliwe, twórcze osobowości potrafią się odnaleźć nawzajem, a połączenie ich talentów jest niezwykle ubogacające nie tylko dla nich samych, ale również dla świata wokół. Życzę Ci spełnienia wszystkich Twoich marzeń. Na zakończenie chciałabym jeszcze zapytać o sukces. Co według Ciebie jest Twoim największym osiągnięciem?
KS: Na pewno jest to związane ze sceną, z momentami kiedy czułem, że prawdziwie byłem w roli, że miałem cudowny spektakl. Na przykład Dama Kameliowa, gdy mogłem zobaczyć, że to co robiłem na scenie oddziaływało na tak wiele osób. Myślę, że to jest mój sukces, że udało mi się poruszyć tak wielu ludzi. Gdy płakałem na scenie stojąc blisko publiczności i widziałem, że oni też płakali, odzew od nich po spektaklu, ogłuszające brawa, okrzyki od tysiąca siedmiuset osób – nawet teraz gdy o tym myślę, od razu chce mi się płakać. Nie mam wielu nagrań ze spektakli, ale gdy mam jakieś nagrania, włączam sobie czasem właśnie moment ukłonów… Czasem ludzie przychodzą po spektaklu, by podzielić się emocjami, wzruszeniem. Dostawałem też listy mówiące o tym, jaki wpływ miał na nich mój taniec, że to z nimi zostało, że potem jeszcze długo w domu rozmyślali… To jest mój sukces.
MW: Bardzo dziękuję za rozmowę, za pokazanie jak wielką moc może mieć pasja i piękno. Piękno kojarzy się zwykle z czymś delikatnym, czasem nieuchwytnym, a w naszym praktycznym świecie, często z czymś niepotrzebnym. Dziękuję za ukazanie piękna, które jest niezłomne, niewzruszone, nawet w obliczu ciężkich, życiowych prób. Piękna, które ratuje, przynosi nadzieję i daje siłę, by iść dalej, by sięgać wyżej, by mieć odwagę marzyć. To siła piękna wypróbowanego.
Rozmawiała Monika Węgrzyn
Prezes Fundacji Dance to Be
Wywiad ukazał się w kwartalniku „Taniec” nr 1/2021 (36)



